Niedawno minęły trzy lata od dnia, w którym otrzymałam tytuł magistra. Bardzo dobrze pamiętam ten dzień i wszystko to, co działo się wcześniej. Miesiąc krótkich nocy, stresu, czy aby na pewno zdążę obronić się przed wakacjami, ostatnie poprawki w nocy dzień przed wydrukowaniem ostatniej wersji pracy. Sam dzień obrony był już zwieńczeniem tego wszystkiego z czym udało mi się zmierzyć wcześniej. Odświętny strój, stres w drodze na uczelnię, ale też podekscytowanie powagą tego co się wydarzy. Poczucie, że tyle osób jest w tym ze mną, pamięta o mnie w modlitwie, trzyma kciuki o konkretnej godzinie. To wszystko jest niesamowicie ważne. Aż w końcu to wszystko zaczyna się dziać, mówię kilka słów o tym, co spędzało mi sen z powiek przez ostatnie miesiące, odpowiadam na kilka pytań, czekam na wynik i staję się magistrem! Uścisk dłoni dziekana, promotora, recenzenta. Wychodzę, dostaję bukiet kwiatów, zdjęcie z pracą magisterską , które wrzucam na FB. Tak, to jest mój moment, chcę żeby wszyscy wiedzieli, że mi się udało! Niesamowita chwila.
Ostatnio zastanawiałam się nad tym momentem, może dlatego, że poszłam na doktorat. Często myślę o tym jak będzie wyglądał dzień kolejnej obrony. Wiem, że bardzo chcę żeby on się wydarzył! Jednak to jest jeden dzień, kiedy stajesz na szczycie. Tylko Ty i najbliższe osoby wiedzą ile Cię to kosztowało. Zdjęcie na FB pokazuje moment glorii, chwały, Twojego zwycięstwa za którym ukryte jest 5 lat studiów, wiele ciężkich egzaminów, nieprzespanych nocy, nieudane doświadczenia podczas tworzenia pracy magisterskiej. To wszystko już za Tobą, dałeś sobie radę! Brawo! Dotarłeś do celu, jednak z bezcennym doświadczeniem tego, co działo się w drodze. Całe nasze życie to droga, w której zatrzymujemy się w pewnych puntach, którymi są nasze kolejne cele. Myślę, że niesamowicie ważne jest zawsze widzieć ten cel, mimo że czasem wydaje się bardzo odległy, ale go widzieć i z pokorą do niego zmierzać, a w drodze do niego dostrzegać niespodzianki, którymi Bóg obdarowuje nas każdego dnia 🙂
